… wspaniali!

Miałam dziś umówione tzw. „spotkanie po latach z koleżanką” ze studiów i z jej naprawdę świetną rodziną. W trakcie oczekiwania na to spotkanie zgubiłam portfel, gdzieś na Haffnera w Sopocie. Mała szamotanina z półtoraroczniakiem, durne sobotnie płacenie za zimowy parking, niedopięta torba i klops.
Utrata portfela wyszła na jaw przy okazji kupowania pieczywa w piekarni. Po całej serii wydarzeń typu zastrzeganie kart płatniczych przez Jarka (telefonicznie nie da się za bardzo nic zrobić, moim kolejnym zakupem będzie smartphone z dostępem do sieci), dzwonienie na policję po poradę, co w przypadku zgubienia portfela, a wraz z nim dokumentów osobistych i tych od auta (swoją drogą trafiłam na naprawdę sensownego i pomocnego funkcjonariusza:)), koleżanka przypomniała mi o kimś tak oczywistym jak św. Antoni, jedyny święty, który w całej tej religijnej gmatwaninie nigdy mnie jeszcze nie zawiódł. Po minucie otrzymałam telefon od starszej pani z informacją,  że jej mąż znalazł mój portfel. Ja na to, że ona mi z nieba spada i że zaraz zacznę płakać. Usłyszałam tylko łagodnym głosem wypowiedziane zdanie, że nie trzeba płakać, tylko przyjść po zgubę. Tego uczucia nie da się opisać, bo jak ktoś tak niewyspany i roztargniony jak ja może liczyć na takie szczęście w postaci uczciwych znalazców mojego po brzegi wypchanego dokumentami portfela. A jednak! Toż to Sopot;)! Pani Irenka, jej mąż i oczywiście nieoceniony św. Antoni mają u mnie ogromny dług wdzięczności. No i Jarek, mój dobry męski duch, który nawet siedząc na lotnisku w Göteborgu, wszystko ogarnął z właściwym sobie stoickim spokojem.

Cały czas też zachodziłam w głowę, skąd znalazcy wzięli mój numer telefonu. Zakładam, że uratowała mnie annafromvolcano, czyli moja wizytówka wciśnięta gdzieś w kąt portfela lub karteczka z danymi moimi i mojej rodziny, wydrukowana dawno temu przez mojego brata. Zakładam, że tak było, bo w całym swoim roztrzepaniu zapomniałam o to zapytać.

Ciekawe jest też to, że pierwszy raz w życiu, w naprawdę nieciekawej dla mnie sytuacji, nie wpadłam w panikę. W piekarni powiedziałam tylko głośno, bardziej do siebie niż do kasjerki, że zgubiłam portfel i że w związku z tym nie kupię teraz chleba.
Myślę, że z dużą pomocą przyszli mi też Monika z Grześkiem i z ich dziećmi, bo jakoś tak fajnie ogarnęli Andrzeja, on dał się ogarnąć, ja miałam czas, żeby przeszukać ulicę i racjonalnie pomyśleć, co dalej w takiej sytuacji.

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i spokojnie mogliśmy jednak razem wypić najlepszą kawę w Trójmieście:).

Morał z tej opowieści jest taki, że jak się jest mamą małego dziecka, to trzeba mieć torbę z dobrym zapięciem:).