Zsypem zaraził mnie oczywiście Jaro. Blog odkryty parę lat temu, raz na jakiś czas, w chwilach głębokiego kryzysu egzystencjalnego lub towarzyskiego powoduje, że śmieję się w głos z przygód jego twórcy i smutki odchodzą w siną dal. Ostatnio nawet nasz syn śmieje się razem ze mną, podrygując lekko w „mymmłonie”, gdy czytam zsypowe Przygody Kanaryjskie.

W zasadzie nie zdawałam sobie sprawy z siły rażenia Zsypu, dopóki kiedyś nie zdarzyło się, że pod wpływem pisaniny Radkowieckiego, dostałam niepohamowanego ataku śmiechu w miejscu pracy, a że była to recepcja w pewnej firmie ubezpieczeniowej, to możecie sobie wyobrazić jak głupio musiałam wyglądać w oczach klientów i kolegów z pracy, którzy akurat, jak na złość, musieli się napatoczyć w okolice mojej „ukochanej” miejscówki zawodowej. Niemniej, wielce wtedy przewietrzyłam płuca oraz umysł i głupawka wyszła mi raczej na zdrowie:). Od tego czasu zdarza mi się stosować Zsyp jako terapię śmiechową i intelektualną:).

Zsyp polecam, choć czasami lecą tam wyszukane bluzgi i dla bardziej wrażliwych osób może to się okazać nie do przejścia;). Dla mnie taka forma wypowiedzi, szczególnie w przypadku uzasadnionego i świadomego użycia dodaje pikanterii całości, a jakże:)! Uważam, że za błyskotliwość myśli (poza tymi analitycznymi jak w ostatnim wpisie o Uważam Rze – nie trawię analitycznego bełkotu i tyle!)) oraz moją ulubioną zen-wyjebkę z Przygód Kanaryjskich, Radkowiecki, wbrew swoim nieuzasadnionym lub wynikającym z wrodzonej skromności obawom, kiedyś Nobla dostanie. Ja na pewno trzymam za to kciuki!