Dziś miał być dzień zmian i metamorfoz, wyszło jak zwykle. Sylwia nie zgodziła się na obcięcie moich włosów a la Victoria B. (a miało być tak krótko, tak modnie i tak pięknie;)). Z perspektywy tych paru godzin myślę, że miała rację. Ważne, że włosy świetnie się układają pomimo upału i że z takimi włosami, jakie mam teraz fryzjer w Łęczycy będzie miał pole do popisu na okoliczność ślubu Dyjki i Marcela.

Potem była moja pierwsza wizyta w jednym z bardziej zaczarowanych miejsc Wrzeszcza – w sklepie dla plastyków przy Wyspiańskiego. Natłok barwnych i pięknie pachnących drewnem, farbami i czym tam jeszcze akcesoriów przenosi mnie w inny świat. W tym przypadku dodatkową furorę zrobiły zasłonki w oknach sklepu wykonane z … szarego papieru:). Rewelacja plus dodatkowy punkt dla twórcy za finezję ich wykonania:).
Zawsze, gdy odwiedzam takie miejsca żal mi serce ściska, że z talentami plastycznymi u mnie tak kiepsko. Niemniej pomyślałam o kolejnej mandali, ale tym razem w pastelach i zakupiłam taki oto zestaw.

Wielkie ukłony dla pani sprzedawczyni za wyrozumiałość w stosunku do moich naiwnych, ale barwnych planów artystycznych;). Myślę, że w takich przypadkach można mówić o profesjonalizmie w zawodzie sprzedawcy. Oczywiście jak to na „sztukę skrytą” przystało, nie będę się chwalić moimi dokonaniami. Malowanie mandali ma mieć zadanie czysto terapeutyczne i zabawowe, bez żadnych ekshibicjonistycznych ekscesów.

No! A potem obiecałam sobie mały spacer na Plac Wybickiego, po drodze przypadkowo mijając dom Guntera Grassa. Głównie chodziło jednak o spotkanie z odzyskaną po renowacji Czarodziejką i trochę czasu spędzone dla ochłody przy tamtejszej fontannie. Jak zwykle było czarodziejsko:).


Wrzeszcz, czerwiec 2011