Praca w korporacji to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej (tutaj można przeczytać, kto wymyślił to określenie:), bo wygląda na to, że wcale nie było dosłownie przetłumaczone z angielskiego), ale są pewne jej urozmaicenia. Dla mnie takim urozmaiceniem są koty, które mieszkają w pobliżu biurowca, w którym teraz pracuję. Słyszałam o nich już nie raz od Jarka, niejednokrotnie widziałam też ślady ich łapek na masce naszej Coyoty:). Okazało się, że karmi je starsza pani, która ze swoim wózeczkiem wypełnionym kocim jedzeniem codziennie przemierza całe Dolne Miasto. Ponieważ ostatnio brakuje jej już sił, to do akcji karmienia i okazuje się, że także leczenia włączył się jeden z panów ochroniarzy z biurowca. Bardzo sympatyczny i ciepły człowiek, który uważa, że skoro nie pije, nie pali i nie ma ogólnie nałogów, to będzie zajmował się zwierzętami, które nie zawsze sobie radzą bez pomocy człowieka. Niesamowity pan, który widać, że tą pracą dorabia sobie do emerytury, a jednak znajduje trochę grosza dla kotów. Poza tym okazało się, że kilku pracowników z różnych firm z biurowca wspiera go w zakupie karmy i to też jest miłe. Kociarz kociarza zawsze znajdzie, a dobry człowiek dobrego człowieka:).

U mnie zaczęło się od tego, że przyniosłam dwa razy karmę. Potem była pogaduszka, jeszcze później dowiedziałam się, że koci opiekun idzie na urlop, dlatego przez najbliższy tydzień będę karmić kocury. Nigdy nie zajmowałam się obcymi kotami, podwórkowymi na dodatek, więc dla mnie to przygoda. Warunki są ekstremalne na zewnątrz, a koci opiekun uważa, że „jak oni będą mieli pełne brzuszki, to zima im nie straszna”.  Dlatego przez tydzień będę napełniać brzuszki tych onych;). Poza tym średnio wyobrażałam sobie, że kocury będzie karmił kolega pana ochroniarza, który uważa, że kotom i innym zwierzętom najlepiej przetrącać karki.

Ave i do przodu;)!