Piszę o tym filmie nie dlatego, że ma porywającą fabułę, bo raczej tak nie jest. Nie piszę też o nim dlatego, że stosowane są rózgi przez nauczyciela wojskowego i chyba do końca tego nie pochwalam, choć w tym konkretnym przypadku się sprawdziły. Piszę o Szkole podstawowej, bo opowiedziana jest w tym filmie historia dzieciństwa naszych dziadków i chyba też rodziców – chodzi o czasy, gdy dzieci na prośbę nauczyciela szły przekazać zaszyfrowany liścik i nawet jeśli wymyśliły skrót jadąc pociągiem towarowym, który w rzeczywistości wywiózł je 100 km za miasto, to po szczęśliwym powrocie do szkoły, nauczyciela nie wyrzucało się ze szkoły, a rodzicom nie odbierało się praw rodzicielskich.

Teraz słucham w wiadomościach, że rodzicom małej Kariny planuje się odebrać prawa rodzicielskie, bo mała zaginęła na tydzień. Bo kurator sprawuje pieczę nad tą rodziną, bo jest tam dziesięcioro dzieci i pewnie się nie przelewa. Oczywiście znowu pomija się fakt, jak w przypadku rodziców maleńkiej Róży, czy te dzieci czują się tam dobrze czy nie. Czy rodzice spełniają swoją rolę, czy też nie. To, że dziecko się zgubiło – nie pochwalam zaniedbania jego rodziców. Jednak ile jest przypadków, że rodzice w ferworze zakupów w hipermarketach gubią dzieci i publicznie są wzywani do odebrania malucha z punktu informacyjnego – za to się nie odbiera praw rodzicielskich. Niby dziecku nic się nie stało, ale lęk prawdopodobnie jest ten sam, jaki przeżywała Karina przebywając w lesie.
Mi się raz zdarzyło zgubić, już w wieku nastoletnim i nie życzę nikomu tego obezwładniającego uczucia bycia samemu wśród tłumu, troszkę dzikiego.

Na usprawiedliwienie przypadku rodziców Kariny jest argument, że jej szukali i szczęśliwie, z pomocą innych, znaleźli ją. Mam tylko nadzieję, że sąd podejmie słuszną decyzję, bo to co serwują nam media, powoduje, że już nie wiadomo co jest prawdą, a co kłamstwem; kto ma rację, a kto nie. Po wpadce sądu w przypadku Róży i jej rodziców, mam potwornie mieszane uczucia co do takich posunięć.

Dla jasności, nie jestem zwolenniczką samowolki tak rodziców jak i ich dzieci, ale czasami niedobrze się robi od tego, jak w tej chwili wszystko stoi na głowie, jak każdą zasadę można nagiąć i mieć za nic pracę i autorytet  innych ludzi.
O ironio! mimo tak wielkiej nagonki ze strony różnych instytucji sytuacja w szkołach jest co najmniej groteskowa i żałosna, bo dzieci uważają, że mają głównie prawa, a żadnych obowiązków, a rodzice zrzucają obowiązek wychowywania na nauczycieli i ciężko się zmieścić w tym wszystkim z podstawową funkcją szkoły, czyli nauczaniem.

Całość akcji odbierania praw rodzicielskich najczęściej uderza w tzw „patologię”. Tylko co tą patologią jest, bo chyba granica już się dawno zatarła między tzw „dobrymi domami”, a tymi dysfunkcyjnymi, gdzie rzeczoną dysfunkcją najczęściej nazywa się skromne warunki bytowe.

Dla wspomnienia czasów beztroski, bez medialnej nagonki na rodziców i dzieci, na które to czasy ja też się jeszcze załapałam, zachęcam do obejrzenia czeskiego filmu, który, mimo swojego patriarchalnego wydźwięku, ukazuje też mnóstwo aspektów wolności, poszukiwania autorytetów, których często tak bardzo brakuje wżyciu wielu osób.

http://www.iplex.pl/vod/p212-szkola_podstawowa.html