Kilka dni temu przypomniałam sobie jak bardzo kiedyś chciałam być wetem. Myślę, że przez lata tak wyparłam to marzenie, że dopiero latające nad moim samochodem jastrzębie, przebiegające koziołki na Spacerowej, na moich oczach odlatujące w zimową podróż żurawie z Kalnika, choć myślałam, że już ich tam nie zastanę tej jesieni, niezliczona ilość czapli białych, które dane mi było widzieć w tym sezonie, orzeł, który czekał na obejrzenie go z bliska na gałęzi drzewa nad jeziorem koło Mikołajek i wreszcie kot, którego cudem chyba udało mi się wyrwać z azylu i nadal go z tego leczyć – dosłownie i w przenośni, w czym do tej pory wspiera mnie Jarek, że zupełnie zapomniałam co mnie najbardziej kręci i o czym mogę mówić godzinami. To chyba są te znaki właśnie, które gdzieś, kiedyś przegapiłam. Wetem już raczej nie będę, ale mogę zawsze być blisko ludzi, którzy obracają się w tych klimatach i pośrednio też się w nie wtapiać.

Poza tym wiem, że jestem dedykowana w jakiś sposób Ziemi i przyrodzie – jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało i jakkolwiek dalekie by to było od mojej pasji jeżdżenia samochodem…;).

Może to jest moja droga, tylko jeszcze chcę się dowiedzieć jak do niej dotrzeć…