Jutro moja koleżanka z nowej byłej pracy wychodzi za mąż i zamiast kwiatów ona i jej luby zażyczyli sobie ulubioną książkę każdego z gości ślubnych. Dlatego dziś walczyłam dzielnie w EMPIKU w Alfie, żeby wyłowić choć jedną z moich ulubionych książek, ale gdzie tam! Żadnego Apokryfu Agłai, Córki nastawiacza kości, Mercedesa Benza, Tłumacza chorób itp nie było szans zakupić. A miało być co najmniej tak miło jak w E. w Sopocie;). Natomiast tutaj, zupełnie przypadkowo, wpadła mi w ręce książka „Zielony dom” Maria Vargasa Llosy. „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” kupowałam już tyle razy w prezencie, że tym razem postanowiłam sobie odpuścić, a tu masz! taka niespodzianka ze strony autora, tylko że z innym tytułem. Oby książka okazała się moją ulubioną, bo na razie na jej temat mogę powiedzieć tylko tyle, że wzbudziła niesamowite emocje u pewnego podróżnika, który stał przy kasie razem ze mną. Na pewno był sławny, tylko ja jestem z tych co znają Marka Kamińskiego, Tonego i Elżbietę, Kazimierza Nowaka i ostatnio Teofila Mroczka😉, ale na pewno nie kojarzę wspomnianego pana. W każdym (bądź – opcjonalnie;)) razie pan zaczął od „O!” wskazując na moją książkę już wybraną, na co ja mu przytaknęłam „Noooo!” z szelmowskim uśmiechem na ustach. I zaczęło się szukanie drugiego egzemplarza, bo pan podróżnik jakiś czas temu tak się zachwycił „Szelmostwami…”, że gdy był na kole podbiegunowym, to zamiast świętować (użył słowa pić-dla ścisłości) z kolegami, na pewno jakieś zdobycie, on zamknął się w namiocie i czytał tę książkę – tak go pochłonęła. Dlatego teraz bardzo mu zależało na „Zielonym domu”. I że on te Andy też zna i że to są dopiero klimaty. Marqueza oczywiście machnął już całego – wielki szacunek z mojej strony, bo mój wschodnioeuropejski styl rozumowania nie wychwytuje z kolei tych klimatów. Mówię Wam, to był ktoś sławny, taki szpakowaty, wysoki pan…

Tak czy inaczej jestem z siebie dumna, bo wyborem prezentu dla koleżanki zainspirowałam do zakupów kogoś nietuzinkowego – tej wersji stanowczo będę się trzymać;). Na koniec usłyszałam „Miłego dnia i weekendu!” i choćby z tego powodu miło było sobie pogawędzić z miłym panem na oczach zdezorientowanego sprzedawcy;).

Może ktoś się skusi na…

or

Nie wiem jakim cudem, ale po „Szelmostwach…” zapragnęłam jednak zobaczyć Paryż, mimo że miejsce jest dla mnie co najmniej przereklamowane. Widać w poznawaniu miejsc kieruję się podobną perspektywą postrzegania co autor książki. To miłe;)!