Lubię Nowy Port w Gdańsku, choć przyznam, że gdy jechałam tam po raz pierwszy, nasłuchawszy się wcześniej jak to tam jest nieciekawie, strasznie i niebezpiecznie, to miałam lekkiego cykora. Na szczęście zadziałało moje przekonanie, że jak gdzieś według innych jest brzydko i nie ma sensu się nad tym miejscem rozczulać, u mnie zaczyna działać dokładnie odwrotny mechanizm. W tych momentach doceniam w sobie to, że czasami nawet z czystej przekory, płynę pod prąd. Po jakimś czasie okazuje się, że sporo w ten sposób zyskuję.

Dziś byłam w NP ok. 6:00, bo jako dobra żona zawiozłam swojego dobrego, zaspanego męża na miejsce zbiórki plenerowiczów rzepakowych z Nikonami różnej maści na ramionach:). Oni pojechali pod Malbork, a ja wracałam powoli, powolutku do domu, zatrzymując się na chwilę przy Latarni Morskiej, przy wyjściu z portu w Gdańsku.

Choć już dość długo interesuję się fotografia, to szczerze mówiąc, nie dowierzałam tym historiom o pieknym świetle do 3 godzin po wschodzie słońca i do 3 godzin przed jego zachodem. Tę drugą opcję, z wiadomych przyczyn, już nie raz udało mi się sprawdzić i jednak przekonać do niej, a ta druga, bidulka, nigdy do tej pory nie dała mi się przetestować. Aż do dzisiejszego poranka! Dla mnie łałałiłał!

Tym razem, na szybko, zamieszczam zdjęcia raczej w stylu pocztówkowym, z Westerplatte w tle, ale przymierzam się do sfotografowania  tych menelskich, kiedyś zamożnych, zakątków Nowego Portu. Zobaczymy jak to wyjdzie…


New Port Gdańsk, maj 2010 r.